Droga do Bostonu ….

Droga do Bostonu ….

Wbiegam na metę kołysząc się na boki. Świat wiruje wokół mnie I jedna myśl w głowie- Zrobiłeś to! zrealizowałeś swoje marzenie! Uczucie szczęścia które mi towarzyszy jest czymś wyjątkowym .. czuję ją w każdej komórce swojego ciała.
Euforia pozwala powiedzieć mi tylko „JEST” i zalewa moją twarz łzami. Adrenalina i endorfiny pozwalają przejść kilkanaście metrów do przodu by odebrać medal. Dla jednych to kawałek blachy dla mnie symbol zwycięstwa nad samym sobą „Wojownik to ten kto pokona samego siebie”.
Droga by to zrobić była zawiła i kręta. Dwa lata temu we wrzeniu również w Warszawie na PZU maratonie gdy pierwszy raz atakowalem „ 3 godziny „ doswiadczylem czegoś co było bolesnym i ciężkim do zaakceptowania przeżyciem. Na 21 km moja głowa dała sygnał że już więcej nie będzie koncentrować się na walce i zrezygnowałem ,odpuściłem . Bol fizyczny to nic w porównaniu z psychicznym uczuciem klęski i niepowodzenia jakie mnie wtedy ogarnęło . czułem się słaby. Uczucie wstydu i rozgoryczenia towarzyszyło mi do końca tego biegu( wiecej o tym biegu tutaj http://daa.pl/4Ill )
Pół roku później kolejna próba. Bylem gotowy fizycznie by biec jednak po raz kolejny nie przygotowałem się mentalnie do tego startu. Głowa nie była gotowa bym zrealizował swój cel numer jeden w amatorskim bieganiu. Po tym maratonie pomyślałem że muszę coś zmienić by kolejny start był już w pełni zrealizowany.
Pierwszym i najważniejszym elementem tej układanki był zakup biletu na konferencję z rozwoju osobistego „ Podróż Bohatera. „ Pojechalem do Poznania i tam podczas spotkania ogłoszono że jest do wygrania szkolenie z wystąpień publicznych. Pomyślałem … bardzo by mi się to przydało, nabrał bym więcej pewności siebie. Gdy przyszedł moment losowania zamknąłem oczy i w myślach przyciągałem moją kartę by losująca Edyta ją wyciągnęła. Możesz nie wierzyc … tak się stało – wyczytali moje imię mówiąc „bardzo niewyraźnie napisane Jarek” to już wiedzialem że to ja 😀 następnie nazwisko Brzozowski a ja byłem najszczęśliwszą osoba na tej sali – wartość nagrody 10 tys .
Wróciłem ze szkolenia i przeanalizowałem co mi jest jeszcze potrzebne bym w przyszłości nie bał się zwycięstwa i wiary we własne możliwości. Postanowilem że kupie pełny pakiet szkoleń u Mariusza . Każde ze szkoleń rowijało mnie i dawało nowe przyjaźnie. Wiedzialem że proces zmiany trwa i jeszcze nie jestem gotowy jednak mocno trenowałem by kolejna próba stała się realizacją marzeń.Zacząłem współprace z trenerem z czołowych polskich biegaczy Marcinem Chabowskim. potrzebowałem mocnego autorytetu by mnie poprowadził a przy okazji mogłem uczyć się od niego wielu nowych koncepcji treningowych. Treningi siłowe konsultowałem z jednym z najlepszych trenerów podnoszenia ciężarów w Polsce Sebastianem Ołubek.
Duże wsparcie dostałem od Moniki która wspierała mnie i motywowała w trudnych momentach.
Po drodze by umieć sobie radzić z emocjami odnosiłem mniejsze lub większe sukcesy . Nie brakowało też porażek . Nie patrzyłem juz w przeszłość. Gdy popelnilem błąd bralem z tego lekcję i dalej szedłem do przodu. W czasie tych przygotowań pomogłem też wielu osobom spełniać ich marzenia i przygotowywałem do pokonywania siebie. Ich sukcesy budowały też moją siłę, ich potknięcia były kolejną lekcją dla mnie.
Pięknie jest gdy ktoś mówi „Jaro.. Dziękuje.. pomogłeś mi zmienić spojrzenie na świat. Nauczyleś wiary we własne możliwości”.
Akcja Pokonać siebie w czerwcu 2017 roku pokazała mi gdzie jestem i co jeszcze muszę poprawić. Każde doświadczenie czegoś mnie uczyło i pozwoliło by 22 Kwietnia 2018 roku Moje marzenie urzeczywistniło się .
Maraton w 2 59 i zdobycie kwalifikacji do Bostonu, najstarszego nowożytnego maratonu.
W ostatnim tygodniu przed startem gdy odliczałem tylko dni do zawodów pojawiła się się bardzo dokuczliwa kontuzja. Początkowo myślałem że to jest tylko ból psychosomatyczny jednak gdy wyszedłem w środę na trening po 1 km wróciłem zlany potem i nie mogłem złapać oddechu. Ból umiejcowiony po lewej stronie lędźwi w okolicy nerki. Jak zawsze szybka konsultacja z Adamem Fizjoterapia & Osteopatia Ojrzyński Wydawało się że wszystko jest ok Jednak w nocy ból się nasilił . W Piątek kolejna wizyta u Adama , godzina pracy dała efekt . Ból trochę mniejszy ale nadal problem z chodzeniem. Cały tydzień nie biegałem, jak to wpłynie na bieg i czy będę mógł wystartować …. W sobotę rano Adam obkleił mnie tapeami i zrobiłem 5 km by sprawdzić czy dam radę biec . Nadal odczuwałem dyskomfort.
Rano obudziłem się bez spiny w plecach … to był dobry znak . To będzie mój dzień . Dam radę. Pomyślałem .
Przed startem byłem skupiony , nie rozmawiałem z nikim . Rozbrzmiewał Hymn Mazurek Dąbrowskiego, śpiewałem , ladowałem energię przed startem. Stałem w pierwszej strefie biegaczy tuz za vipami więc mój strat był 3 sekundy po wystrzale startera. Zrobiłem znak krzyża , uśmiech w górę i jedziemy …
Dzis jest mój dzień zrobię to choc
bym miał czołgać się przed metą. Od początku mialem plan że trzymam tempo 4 05 i biegne tak cały czas.
Pierwsze metry biegłem dość nerwowo , zegarek pokazywał raz 5 20 raz 3 40.
Po 300 metrach tempo było już stabilne a moja taktyka zakładała że biegnę 1 km , nie myślę o całej drodze. Na 3 km widzę jak najszybsi mają już za sobą 5 km , wśród nich Artur Kozlowski mistrz polski z dwóch poprzednich lat. Około 3,5 km
poczułem że wiatr dziś nie sprzyja choć jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego jak mnie doświadczy dzisiaj. Po kiluset metrach zawrotka i biegniemy w kierunku starego miasta . Tam jedyny na całej trasie mocny podbieg jak na warunki maratonów ulicznych. Zwolniłem by tętno
Zbytnio nie poszło w górę . Mijam pierwszych bębniarzy… Uwielbiam ich
transowe brzmienia które zawsze dają mi mocy na dalszą drogę. Pierwsze 15 km mija z koncentracją na tętnie i tempie . Warszawa dopiero budziła się do życia , w niektórych miejscach nieliczni kibice żywo dopingowali, dzieciaki które zawsze z uśmiechem czekają by zbić z nimi piątkę. Silny wiatr zmuszał do szukania osłony by chować się za innym lecz tempo było tak nierówne że nie dało się biec w grupie.
Na 16 km ktoś powiedział „pierwszy raz mam wiatr w plecy” i trwało to raptem 300 m 😀
Dla mnie maraton zaczyna się po 17 km Jest i on – 17 km , zegar nadal pokazuje 4 05 a ja nie czuję zmęczenia. To znak
dobrego przepracowania zimy i odpowiedniej suplementacji. Po wielu próbach i testach w końcu jest taka , która spełnia moje oczekiwania i daje odpowiednie rezultaty – https://passiolifejoy.myduolife.com/shop.html
Pełna koncentracja , z nikim nie
rozmawiam jedynie zbijam piątki z dzieciakami , trzeba im podziękować za doping i zachęcić by byli tu za
rok.
Na 21 km zawsze była duża grupa kibiców . W tym roku pusto , czyżby Warszawiakom znudziło się
kibicowanie podczas maratonów ?
Na 23 km fajny zbieg i tempo 3 40 , oj fajne się biegło , tętno niskie, nogi luźne , nic nie boli .
25 km – tu zawsze lekko wieje w twarz , tym razem tak mocno że z tempa
4 05 zwalniam na 5 20 i widze jak rośnie moje tętno. Po kilku km wiem że trzeba będzie walczyc na końcówce bo
ta część odsłoniętej trasy gdzie z żadnej strony nie ma osiedla mocno zużywa moją energie i obciąża nogi.
Trasę znałem z poprzednich 3 edycji więc czekałem na powrót do miasta, wydawało się że tam będzie lepiej i wiatr będzie słabszy. Kilka kilometrów biegłem sam , nie jest to dobre kiedy chce się poprawić
wynik w maratonie. Cały czas walczyłem z wiatrem . Na 30 km dołączyłem do kilkunasto osobowej grupy walczącej o czas na poziomie 2 54. W takiej grupie nie
ma rozmów, jest koncentracja na wyniku, by nie przegapić kolejnego żelu, złapać łyk izo na punkcie lub schłodzić się podawanymi przez wolontariuszy gąbkami. Biegniemy tak do 35 km i tu zaczyna się moja walka o każdy metr by dotrwać do mety i zmieścić się w zaplanowanym czasie. Przyszła ta chwila której nikt nie chce a zna ją każdy co ma na koncie kilka stoczonych walk by poprawić wynik w maratonie. Jest nieubłagana , ma wiele odmian , jednych uczy pokory, innych napedza by kolejny raz mocniej trenować przed
zawodami. Czasem trwa kilka minut, innym razem do końca biegu , potrafi też sprawić że upadamy i
nie ma już mocy by dalej kontynuować zmagania. To maratońska Ściana.
Dziś przyszła i do mnie . Początkowo tempo spadło do 4 35 , pomyślałem ok ,mam zapas kilku minut . Przeliczyłem , że wbiegnę na metę w czasie 2 .57 . Nadal jest dobrze tylko już nie zwalniać.
Jednak ona uparła się bym bardziej się postarał. Po kilkuset metrach zaczęło mi się kręcić w głowie, pomyślałem …udar słoneczny …byle się nie przewrócić…. dotrwać…
Tempo nadal spadało. Gdy na zegarku zobaczyłem 5 20 to ogarnęła mnie na chwilę panika. Ból w nogach ogromny ,brak siły by przyspieszyć,
bezslilność. Ten stan był podobny do snu w którym uciekasz przed kimś a nie możesz ruszyć do przodu.
Tempo spadało… powiedziałem sobie „choćby na czworaka , jak nie strace przytomności to ukończe ten maraton, nie poddam się”.
Wojownik musi pokonać samego siebie. 37,5 km kolejny punkt z wodą , znam to miejsce , nie raz tu biegłem . Wiedziałem że tak niewiele dzieli mnie od sukcesu . Choć w nogach nie było już mocy to głowa była nadal mocna by walczyć o każdy metr. 39 km nadal mam zapas około 90
sekund by zmieścić się w założonym czasie. Tu już napędzam cialo dokladając prace rąk – zawsze pamiętam słowa Robetra Korzeniowskiego- jak nogi nie mogą to ręce pomogą- i napieram dalej. Wiem że już zostały 3 km … tu już nic nie może się wydarzyć … tylko się nie przewróć i trzymaj tempo 4 55 do 5 00.
Wyprzedza mnie co chwile kolejna osoba, mam przed oczami Stadion Narodowy. Meta jest już dosłownie o krok a walka trwa do końca . Moja dzisiejsza ściana nie odpuszcza , dalej bawi się ze mną . Wbiegam na most Świętokrzyski lekki podbieg a dla mnie jest to wyzwanie
jakbym wchodził na szczyt potężnej góry. Na moście już jest dużo kibiców , widzą jak walczę i zagrzewają mnie bym nie odpuszczał …. Jaro dasz radę , będzie dwójka z przodu …walcz …już tak nie wiele Ci zostało.
Widzę ich za lekką mgłą , kilka chwil wcześniej zdjąlem okulary słoneczne jednak obraz się nie poprawił … to pewnie wynik przegrzania. Skręcam w prawo , widzę miejsce startu , duża Czerwono biała brama z napisem Start Orlen maraton. To już ostatni kilometr i meta. Powtarzam koncentracja, koncentracja ,dasz radę , nie rozklej się, teraz napieraj. W końcu jest tablica z napisaem 42 km a ja biegne
ostatnie 195 metrów i już wiem że nic mnie nie powstrzyma bym skończył tę walkę, bym zrealizował swoje marzenie na które od dwóch lat , od pierwszej próby. Doping osób które są przed meta daje jeszcze siłę by przyspieszyć i urwać kilka sekund. Ostatnie 30 m i unosze ręce w geście
zwycięstwa , mam ciarki na całym ciele , euforia wymieszana z ogromnym bólem , to jest najpiękniejsze co może otrzymać maratończyk. Zrealizowane marzenie nie ma ceny, ma tylko smak zwycięstwa. Ostatnie 10 metrów to jest najlepszy moment tu emocje są największe, ostanie chwile by zapamietać to uczucie.
Przekraczam ją , moją granice wytrwałości, uporu , walki i zaangażowania . To właśnie meta
tego maratonu pokazała mi że warto walczyć o swoje marzenia.
 
Dziękuje tym o których zawsze mało się mówi , wolontariuszom i tym którzy przyczynili się do tego by ten bieg był
tak profesjonalnie zorganizowany , to wasz wkład , praca i zaanagażowanie pozwala nam biegaczom realizować swoje marzenia i cele . Dziękuje z całego serca.
 
Jeśli chciałbyś coś w swoim życiu zmienić , powalczyć o swoje marzenia biegowe , zapraszam do
współpracy. Od dwóch lat przygotowuję innych do startów w zawodach lub by zacząć biegać , wprowadzić pozytywny nawyk. Moja strategaia opiera się na częstych rozmowach z podopiecznymi,
współpracą z fizjoterapeutą wyniki badań konsultuje z Lekarzem, amatorką biegów średnich i długich.
Indywidualne podejście do każdego przynosi rezultaty.