Moje zwariowane ultra .

Moje zwariowane ultra .

Moje zwariowane ultra .(27.07.2017)
Wiele złych kroków uczyniono stojąc w miejscu .
Forune CookieJak zacząć historie 130 km festiwalu w Lądku. Usiadłem i nie wiem co pisać mętlik w głowie . Kilka dni przed startem zastanawiałem się, czy jestem gotowy na ultra w tym sezonie. Przygotowanie trwało mniej niż miesiąc „książkowe nieprzygotowanie w czerwcu nie miałem czasu na bieganie tworzyłem i uczestniczyłem w projekcie pokonacsiebie gdzie jechałem rowerem z Gdańska do Morskiego Oka, trwało to 8 dni wspaniała przygoda po projekcie zacząłem biegać pod ultra.
Dobra wracam do Lądka. Z domu wyjechałem w dniu startu przed południem. Piękne słońce świeciło od samego rana temperatura rosła z każdą godziną. Promienie były tak intensywne, że uśmiech malował się sam na ustach. Przypomniałem sobie KBL z 2015 roku, w którym to na 90 km dostałem udaru słonecznego i bieg zamienił się w marsz a bardziej w coś, co przypomina tropienie węża Wtedy z pomocą przyszli mi Tereska i Tomek, którzy przywieźli na punkt zimną wodę i to pozwoliło mi kontynuować marsz do Lądka. Teraz jestem już bogatszy o doświadczenie i powiem tak nie chciałbym już tego przechodzić ponownie. Jadę po odbiór pakietu na drodze spokojnie, środek tygodnia wjazd do Kłodzka i pierwsza spinka o mało nie zepchnął mnie TIR z drogi ot, tak włączając się zapomniał o hamulcu, chwile grozy i kilka siarczystych słów wypowiedzianych pod nosem i jadę dalej. Teraz pogoda zmieniła się i zaczęło mocno wiać oraz padać. Pomyślałem popada a później ( w godzinie startu ) będzie super chłodno. W Lądku już czuć święto biegania, brama startowa, którą widać z daleka, stoiska które się rozkładają, biegacze przechadzają się po uliczkach z pakietami startowymi. Rozmowy oczywiście o bieganiu Zmierzam po odbiór pakietu jeszcze mży idę z parasolką i patrząc na ulice jestem jedyny, który takie cudo posiada reszta jak by odporna już na ten deszcz Sprawdzam numer, który mam, jest 9062. W biurze zawodów spotykam Wiole która już kolejny rok jest wolontariuszem. Kilka minut rozmowy i idę się przygotować do startu to już za 3 godziny . Poszedłem do pobliskiej restauracji nazwa mi uciekła i może dobrze szkoda gadać podany makaron w skali 1-10 dam 2 jednie co było ok to wygodne krzesło. Wracam do auta jest myśl, by chwilę pospać. Nic z tego spotykam kolejnych znajomych z tym chwila z drugim też i tak jest już 16 45. Przebieram się ostatnia kanapka i w drogę. Na start udaje się z Rafałem i Łukaszem też biegną 130 km, mamy wspólnie pokonać trasę biegu . Na placu spotykam również Marcina, który ma w planie 240 km. Krótka rozmowa i ruszamy 10, 9,8 .. 3,2,1 poszli . Strat bardzo szybki spoglądam na zegarek Łukasz narzuca mocne tempo 5 00 za chwile 4 40 oj to nie moje zwalniam i biegnę swoje 5 30 do 6 00 widzę, że Marcin biegnie podobnie więc biegniemy razem . Nikt z nas pewnie nie przypuszczał, że przebiegniemy tak 130 km . Jest bardzo parno świeci słońce zgromadzeni kibice klaszczą i dopingują dacie radę jeszcze chwila i meta ( mają poczucie humoru ) . Pika zegarek o pierwszy km za nami szybko zeszło wybiegamy z Lądka . Pierwszy odcinek ma 10 km pomyślałem, że 1h 30 minut to jest wystarczający czas na pokonanie go. Biegnąc w górę widzimy dużo jagód zatrzymujemy się i jemy, nie można przegapić takiej okazji Pierwszy punkt to przełęcz Gierałtowska tam docieramy po około 2 h bardzo spokojne tempo, choć duża grupa biegnie razem z nami wśród nich Marek, który mierzy się z dystansem 240 k kolejny kozak na tresie Biegniemy do drugiego punktu tu mamy do pokonania 22 km mija to dość wolno przyszła pora założyć czołówki i tu pierwsza moja wtopa . Latarka, którą zabrałem świeci bardzo słabo pomimo wymiany baterii przed startem ( będzie ciekawie zważywszy, że słabo widzę w nocy ) . Marcin za to miał super latarkę biegłem za nim to zdecydowanie więcej widziałem. Mając już w nogach 25 km poczułem, że zaczyna się fajnie biec nogi już rozgrzane głowa tez już inaczej podchodzi do tego wyzwania . Przed startem podzieliłem sobie ten dystans na 3 odcinki każdy z nich to maraton i tak cały czas mówiłem sobie, jak już pierwszy przebiegnę dalej pójdzie. Jakieś 5 km przed punktem okazało się, że brakło mi wody w bukłaku na cole jeszcze za wcześnie. Pobliski strumień okazał się zbawienny zimna woda kilka łyków, omyć twarz i dalej napieram na drugi punk. Drugi punkt to przełęcz Płoszczyna ( nie pamiętałbym tego, tu z pomocą przychodzi gazetak z pakietu ) Jemy pijemy uzupełniamy bukłaki i w drogę. Teraz naszym cele jest wejść na Śnieżniki dość fajnie podejście , strome do tego bardzo mokro dużo błota. Wpadła mi raz noga do kolana to żaden problem nic strasznego tylko wyciągając ja zawadziłem o korzeń i przeciąłem skórę nad kostką, było tyle błota na nodze, że krwi nie było widać. Spoko zagoi się. Na zegarku jest 42 km pojawia się uśmiech super w końcu pierwszy za mną teraz byle drugi zrobić do rana tak o 8 byłoby super. Biegniemy cały czas z Marcinem rozmawiamy o naszych poprzednich startach przygotowaniach o ultra. Dołącza do nas Marek i tak biegniemy kilka km rozmawiając o jednym biegu, na którym mieliśmy biec razem jednak ze względu na moje szkolenie musiałem z niego zrezygnować. O szkoleniu o NLP napisze innym razem. Zaczyna się zbieg do punktu A3 chcemy troszkę przyspieszyć i tu mam fajną przygodę. Marcin i Marek zbiegali zdecydowanie szybciej ja pierwszy raz od dłuższego czasu w górach i ten zbieg mi nie wychodził. Zostałem sam moja latarka słabo świeci szkła kontaktowe na zbiegu przesuwają się co powoduje, że pole widzenia mam jeszcze bardziej ograniczone czytaj k….a nic nie widzę. Chłopaki już zbiegli zdecydowanie dalej ja sam biegnę na czuja co jakiś czas mijając taśmę z oznakowania trasy. Koncentracja, by się nie wywrócić i nie zgubić. Zgubić się to jest moja „mocna strona” często na zawodach się mi to zdarza, zagadam się lub zamyślę a później kilometry trzeba nadrabiać. Chce mi się śmiać już sobie układam w głowie coś trzeba będzie opisać tę sytuację. Zbiegam bardzo wolno a tu na złość nikt mnie nie wyprzedza nie ma się kogo złapać i podholować do punktu. Wybiegam na drogę jest już lepiej szerzej przynajmniej teraz mogę przyspieszyć. Jem co 50 minut więc pomimo tego, że zaraz punkt biorę kolejny żel. Zbiegam jest znak skręta w lewo super to skręcam tylko zamiast za znakiem robie to przed i po 10 m coś mi nie gra za stromo szukam taśmy nie widzę o jest jakaś latarka w oddali dobra cofam się i lecę dalej. Po paru minutach docieram do punktu tam czeka na mnie Marcin pyta gdzie byłem tak długo W punkcie spotykam też kolegę Jakuba, który jest wolontariuszem chwila rozmowy uzupełniam bukłak i dalej w drogę . Tu kończy się miłe bieganie zaczyna mocno padać zakładam kurtkę przeciw deszczową, tylko skarpety mam letnie to nie wróży nic dobrego. Czuję, że w butach już jest woda co za chwile może sprawić, że na stopach pojawią się otarcia pęcherze. Długo nie trzeba było czekać po paru minutach wiem, że na małych palcach obu stup mam już pierwsze ślady ultra. Pomimo tego ten deszcz był zbawienny temperatura spadła o kilka stopni. I tak biegniemy kilka godzin mijając kolejny punkt. W głowie byle do rana wtedy miało przestać padać. W dzień mniej też mnie kosztuje wysiłku koncentracja na drodze i więcej widzę Dobiegamy do punktu, który przygotowywała ekipa z Rzeźnika a tam niespodzianka pierogi z jagodami i rosół czy trzeba cos więcej do szczęścia, w tym momencie nic kilka pierogów i kubków rosołu chwila rozmowy i w drogę. Wyszedłem najedzony i szczęśliwy, że już coraz bliżej do mety. Przez pierwsze 2 km szliśmyby jedzenie się wchłonęło dalej było tupanie, choć chwila nie uwagi sprawiła, że zgubiliśmy trasę i musieliśmy nadrobić kilometr lub dwa. Po kilku kolejnych kilometrach pojawiły się moje problemy z prawą nogą a dokładniej ze ścięgnem prostownika stopy i stawu skokowego. Ból robił się coraz bardziej uciążliwy jednak najgorsze było to, że miałem ograniczoną ruchomość uniemożliwiało to zbieganie. Koniec mazania co to za ultra jak nie boli. Mam taki sposób radzenia sobie z tym,że nazywam ból daje mu Imię, jakie mi przyjdzie do głowy i rozmawiam z nim zaprzyjaźniam i biegniemy/idziemy sobie razem Wiem wydaje się to dziwne można nawet powiedzieć, że jestem wariat, ale kto „normalny” biega po górach przez 24 h i jeszcze cieszy się, że może doświadczać bólu i własnych słabości. Ultra dla każde z nas jest czymś innym ja przed każdym mam wiele pytań. Przed tym ultra jedno pojawiał się najczęściej czy wytrzymam skoro tak mało biegałem przed, tu liczyłem na doświadczenie i wcześniejsze lata treningów. Jedna ultra to nie szkoła na opini nie pobiegniesz dlatego wiem jak dużo wysiłku kosztowało mnie ostatnie 50 km. Z jednej strony wiedziałem, że tylko 50 km tyle, co ultrakamieńsk, można zrobić w 6 lub 7 godzin. Z drugiej wiedziałem, że z każdą godziną będzie mi się biegło coraz wolniej raz, że zmęczenie dwa będzie gorąco. Masarykowa Chata i do mety zostało 30 kilo a w nogach jest 100 pierwsze w tym roku pierwsze dłuższe ultra w 2017 . Na polanie kładę się w trawie nogi do góry i odpoczywam kilka minut. W punkcie serwowane były kanapki z dżemorem zjadłem kilka. Lecimy dalej Ból jest coraz większy , zastanawiam się czy nie przerwać biegu ze wzgęłdu na kontuzję tu przypomina mi się co dzisiaj na fb napisałam moja siostrzenica Weronika przed moim startem ’ GRANICE JAK OBAWY CZĘSTO SĄ ZŁUDZENIEM” Dziękuję Ci za te słowa Moja kochana Weroniczko . Mam w plecaku Nimesil ( lek przeciw bólowy )dzwonię do Moni , mogę to wziąć nic mi nie będzie ? Odp jasne masz inne wyjście? Nie mam ! Ona wie, że ja nie lubię leków przeciw bólowych, w końcu to mój przyjaciel Jak czegoś nie wezmę nie dam rady, nie mogę już stawać na nodze prawej. Dobra biorę i po kilku minutach jest lepiej nie wiem, czy to efekt proszku, czy w głowie sobie tak ułożyłem, że za chwile będzie mniej bolało, nieważne działa da się biec . Wleczemy się do kolejnego punktu Marcin mówi dobiegam do Kudowy i zmieniam ubranie odpoczywam kilka minut i lecę dalej a ja myślę, że w tym miejscu będzie moja upragniona meta. Droga do Jamrozowaej polany bardzo się dłuży spadło tempo a dwa jest coraz bardziej gorąco . Przypomina mi się KBL więc piję dużo izo kilak specyfików, by nie wypłukać organizmu z minerałów . Dobiegamy jest w końcu szybko kilka łyków coli izo arbuz i w drogę . Teraz 18 km i mam to będzie meta . Ten odcinek biegnę i końca nie widać wydaje się, że za godzinę będę na miejcu, a jednak zeszło grubo ponad 3 . Po drodze spotkamy pnią pracująca w polu doga Pani powie ile jeszcze do Kudowy o dobra godzina przed wami miniecie las po drodze jedno podejście i dopiero . Tam spotykam też Panią Hanię Sypniewską kobiecie nie wypomina się lat jednak tu należy podziwiać tą uśmiechnięto pełną ciepła kobietę, która biegnie 240 km . Wielki szacunek i słowa uznania chciałbym w jej wieku tez mieć tyle zapału do biegania. Dobra wracjać do biegu a w zasadzie marszo-biegu . Zbliżamy się do miast już jest Kudowa teraz tylko kilk ulic i do Paku Zdrojowego tam jest meta . Wbiegam jest już bardzo późno jestem jednym z ostatnich z dystansu 130 km jednak to nie zmniejsza moej radości, że kolejne wyzwanie zrealizowałem teraz nie ma miejsca mogłem szybciej, teraz jest czas na radość i świętowanie w końcu nie każdy ot, tak pokonuje 130 km w 24 godziny > Zgadza się dotarłem 9 godzin po pierwszym zawodniku, jestem szczęśliwym, że mogłem doświadczać przebywania w górach one zawsze dają mi energię, spokój wewnętrzny i radość. Tu mogę powiedzieć że to nie ostatnie ultra w moim wykonaniu, że jeszcze kilka w swoim życiu chciałbym przebiec, doświadczyć upadania i podnoszenia się bólu, radości i euforii związanej z metą. Podsumowując bieg powiem, że zjadłem 15 zeli energetycznych, 6 snicersów, kilka kanapek, około 2 kg arbuza, wypiłem też 1 litr coca-coli i 8 bukłaków 1,5 litra izo. Noga się goi pęcherze się wchąłniają paznokcie zeszły tylko dwa ja już planuje kolejne wyzwanie Granią Tatr w sierpniu czy zdążę wyleczyć nogę czas pokaże. Do zobaczenia na biegowych ścieżkach.
Passion Life Joy Jarek Brzozowski

fantastycznie w: Lądek-Zdrój.