Wspomnienie z próby biegu maratońskiego poniżej 3 h

Wspomnienie z próby biegu maratońskiego poniżej 3 h

Wspomnienie z próby biegu maratońskiego poniżej 3 h (30 Wrzesień 2016)

Czas podsumować warszawski maraton już za chwile Lizbona

Krótka historia i moje odczucia z biegu. Przygotowania do niego zajęły kilka miesięcy, w których odpuściłem starty w ultra poza biegiem Rzeźnika i ultra Kamieńsk. Duża zmiana w przygotowaniach to podejście współpracy z trenerem Arkiem. Treningi znacznie różniły się od tych, które do tej pory robiłem. Praca nad ogólną sprawnością, rower, basen. Wstawałem o 5, by ćwiczyć przed praca, codzienny pomiar tętna i wagi. Treningi według szczegółowo rozpisanego planu tydzień po tygodniu. Początkowo trudno było to zaakceptować z czasem coraz lepiej aż do momentu, gdy czekałem, kiedy pojawi się plan i czym mnie w tym tygodniu zaskoczy.

Miesiące szybko mijały i kiedy miała być próba na 3 h przytrafiła się kontuzja pasmo biodrowo piszczelowe, bardzo bolało, że trzeba odpuścić mocniejsze bieganie poczekać i zmienić datę startu na jesień. Tu z pomocą przyszedł Adam, któremu bardzo dziękuję za pomoc i czasem mocne rozbijanie zbolałych miejsc Nic jednak nie działo się bez przyczyny brak rozciągania po treningu, mało wody w trakcie dnia. Dużo stresu, mało snu i brak apetytu to depresja, która nie pozwalała trenować na 100%. Trwało to kilka miesięcy co nie pozwalało się dobrze regenerować po treningu a wtedy o kontuzje bardzo łatwo. Jednak to nie zmieniło mojego podejścia do biegania, nadal chcę trenować, zejść poniżej 2 50 h w maratonie i pojechać do Bostonu na najstarszy nowożytny maraton, który nieprzerwanie jest od 1897 roku po dziś dzień. Dobra dość tego, co było przed teraz czas napisać kilka zdań co było na maratonie.

Przed startem sen o warszawie i odliczanie 10, 9,8 go garmin start ja start i lecimy założony czas 4 min10 sekund na kilometr a po 37 km jak będzie siła przyspieszyć (dobry żart) . Pierwsze pięć km spokojnie szybko minęło, choć cały czas w głowie strach co będzie dalej jak ja to wytrzymam. Na 6 km czeka na mnie Monika, która będzie mi towarzyszyć do ostatniego km na rowerze jadąc obok. Trzymam się zająca, na 3 h biegnie nas grupa blisko 70 osób, tylu zdecydowało się na wejście do grona mocnych amatorów. Monika pyta jak się biegnie pokazuję nurkowe wszystko oki. Nic nie mówię nie chcę tracić sił, co dla mnie już jest trudne nic nie mówić Ciągle kontroluje czas i nerwowo spoglądam na zegarek jestem bardzo spięty tyle przygotowań muszę to zrobić. Nie tylko zawodowcy sami sobie wytwarzają niepotrzebną presję amatorów też to dotyka. 8 km czuje, że nogi jakieś ciężkie nie takie jak na treningach, trenowałem do samego końca, choć brakowało mi troszkę świeżości jednak tak to teraz wygląda, że kiedy robisz do 100 km tygodniowo nie zmniejszasz kilometrażu w tygodniu startowym. 10 km 12 km cały czas schowany z tyłu biegnę w grupie, jednak biegnę się bez luzu cały czas napinak na wynik, ile to jeszcze do mety. Włączył mi się „matematyk” obliczenia jakieś, przeliczenia ogólnie nic dobrego, bo czas troszkę spadł wiec spojrzenie na zegarek i lekko przyspieszam by było 4 10. W głowie, do klep do 17 km po nim zawsze lepiej Ci się biegnie, oki wiec biegnę patrząc na zegarek na około 17 km widzę, że grupa zwolniła do 4 20 wiec długo nie myśląc wyprzedzam i biegnę sam wiatr daje się odczuć co wymusza na mnie mocniejsze tempo, by utrzymać założony czas. Kibice na trasie wspaniale dopingują, dzieciaki, które zawsze chcą przybić piąteczkę, wiec podbiegam w końcu ma to też być zabawa piątka uśmiech, piątka uśmiech i lecimy dalej. Piękne panie kibicujące i wyczekujące na swych bohaterów Biegnie się z uśmiechem, choć w głowie walka czy dam radę tysiące myśli przebiega dużo tego, za dużo. Monika ciągle mi towarzysz podaje izo co kilkaset metrów jeden dwa łyki i oddaję butelkę. Przed 19 km poprosiłem o wodę oki pojechał wyprzedzić mnie, żeby wyjąć ja z plecaka, kiedy dobiegłem była jeszcze nie gotowa tyle, co ją wyjęła i chciała mi podać wyrwałem ją mocno zdenerwowany omal jej nie przewracając. W głowie myśl jak to ja chcę pić a ty co nie możesz tego szybciej zrobić coś tam pod nosem po marudziłem i pobiegłem dalej. Po chwili zreflektowałem się, że coś jest nie tak ze mną jestem mocno toksyczny przyjechała mi pomóc poświęca swój czas a ja tak się za to odwdzięczam głupio się poczułem. Oki, kiedy tylko podjechała przeprosiłem. Lecimy dalej za chwilę łazienki. Kiedy oglądałem trasę zakładałem do doklepać spokojnie tu i wtedy zacznie się zabawa 21 km. Mijając jednego z biegaczy mówię do niego teraz zaczyna się maraton. Nie wiedziałem jeszcze, że dla mnie to będzie prawdziwy roller coaster. Wbiegam do łazienek Monika obok jedzie jednak zatrzymuje ją jakiś bardzo nieuprzejmy ochroniarz tu rowerem nie można i kłóci się z nią ja się tylko obróciłem i poleciałem dalej jeszcze 200 m, po czym musiałem znacznie zwolnić do 4 35 pierwszy kryzys, myślę oki chwile temu był żel zaraz przejdzie i też tak się dziej po chwili podnoszę się i biegnę dalej, choć głowa daje sygnał, że już nie chce. Zrobisz to innym razem teraz odpuści zwolnij ,zaczyna się wewnętrzna walka dwóch głosów jeden, który chce jeszcze walczyć i ten, który ma już wszystkiego, dość trwa to dobre 4 , 5 km gdzie głos walki staje się coraz cichszy a ten o odpuszczeniu zaczyna dominować mijam 27 km po kilkuset metrach już nie mogę i przerywam bieg zaczynam iść . Jest mega złe samopoczucie, na dany moment to wielki dla mnie dramat, bo już wiem, że nie mam szans na 2 z przodu. Próbuję jeszcze się podnieść, by zrobić choćby czas poniżej 3 10 jednak każdy kolejny krok jest bardzo ciężki głowa nadal nie pomaga. Monika bardzo mnie motywuje dawaj nie poddawaj się, głowa do góry kto jak nie ty ….. ale ja mam wszystkiego dość najchętniej chwiałbym powiedzieć jedź stąd ja chce być sam. Pojawia się myśl by zejść z trasy mówię o tym głośno, na co Monika, że nie mogę, że jak będę się czół później to tylko ściana minie dawaj napieraj. Tak walczymy do 30 km a ja coraz bardziej nie chcę biec w głowie, tylko nuta, jaki jestem słaby, że nie uniosłem tego, co sobie założyłem. Dalej jest jeszcze gorzej kilometry dłużą się strasznie Wsparcie kibiców działa na mnie bardzo negatywnie każde słowo wsparcia jest dla mnie bardzo nie przyjemnie, najchętniej chciałbym, żeby wszyscy się zamknęli. Po trzech lub czterech km mija mnie kolega prowadzący grupę na 3 10 później 3 15 i tak biegnę idę na zmianę jeść i pić już mi się nie chce. Co myślę o mecie, niech coraz bardziej tam być konfrontacja z niezrealizowanym celem jest dla mnie bardzo trudna z perspektywy biegu . Ktoś mnie klepie w ramie dasz radę dwaj ze mną, ale ja już nie chcę ja chcę już być poza tym wszystkim. Monika jest nadal blisko, choć w tym tempie co ja się przesuwam do przodu to ciężko jechać rowerem, ale daje radę chociaż ona :d . Mijają mnie kolejni biegacze mijają też bardzo puszyste panie mowie sobie kurwa Jaro co jest grane z takim brzuchem i dupa no nie da się nabiegać takiego czasu spoglądam na numer startowy, uf to sztafeta. Uśmiecham się do Moniki, bo widzi to, co ja i w milczeniu męczę się dalej co kilkaset metrów kolejny raz przechodząc do chodu nigdy wcześniej nie robiłem tego na maratonie. Myślę sobie oj ten maraton to mnie doświadcza tylko za co aż tak bardzo Dobiegam do 38 km o jeszcze 4 mam łzy w oczach ciężko mi oddychać moje marzenie jebło i rozbiło się już dawno temu Boston staje się odległy na jeszcze długo . 40 km mija mnie balonik 3 20 już na niego nie reaguję w ogóle idę biegnę głowa opuszczona i tak do mety . Dziwne uczucie kończysz maraton większość ma ręce w górze euforie a ja przezywam niezrealizowane plany i nic mnie nie cieszy mijam metę robię znak krzyża jak zawsze na mecie dziękując za zdrowie i spoglądam w niebo dedykując go jak każdy poprzedni przed wcześnie zmarłej mamie. Odbieram medal wodę i idę. Dopada mnie złość, że tak daleko mam jeszcze iść, zanim będę mógł przejść na trawnik położyć się i zostać sam z tym, co we mnie teraz tkwi, film o słabym człowieku, który poległ, zanim się zaczęła prawdziwa zabawa.

Kilka minut zajęło, zanim wyszedłem z tego kina, Monika przyjechała zapytała jak się czuję powiedziałem oki jest już znacznie lepiej. Usiedliśmy w milczeniu, ale już nie myślałem o tym w ten sposób zacząłem dostrzegać pozytywy, że jest bez kontuzji, że mam możliwość ponowić próbę jeszcze w tym roku w Valencii. i czekałem na debiutujących kolegów i mój debiut jako trenejro . Kiedy dobiegł Mariusz uff jest super, chwilę późnej Szymon oki mogę iść na pizzę. Tam jest już uśmiech i refleksja Jaro nie tak dawno zejście poniżej 3 30 wydawało się niemożliwe. 3 nieudane próby były . Zaczęło do mnie docierać, jak wiele te maratony mi dały jak mnie rozwijały każdy dawał siłę na dalszy czas a ja tu chciałem tak wszystko jednym słabszym startem, przekreślić. O nie tak nie będzie, nadal chcę się tym bawić, cieszyć z finiszu mety.

Nigdy się nie poddawaj to tylko chwila, która nie może mieć wpływu na całość. Doświadczenie pozwoli mi bardziej doceniać to, co już mam. Dziękuję Monice Arkowi za przygotowanie i maraton, za wspólne treningi wszystkim z Aktywnych Kamieńsk i tym wszystkim ze wspólnych treningów na górce Kamieńsk i każdemu, z którym mogę dzielić tę wspaniałą pasję biegania. Już w najbliższy weekend biegnę maraton w Lizbonie i cieszę się tym jak dziecko z kolejnego prezentu. I wiem, że nie można zapominać, że to bieganie jest pasją amatora, która ma rozwijać mnie i dawać radość i szczęście a chwile takie jak te na maratonie warszawski powinny być szybko zamienione na pozytywne i nierozpamiętywane. Cieszę się każdym dniem, zdrowiem, bo o jest bardzo ważne w życiu. Do zobaczenia na biegowych szlakach.

Passion Life Joy Jarek Brzozowski